"Wszystko zaczęło się od tego, że zapragnęłam być dobrym człowiekiem, więc żeby to urzeczywistnić - musiałam odmienić całe swoje dotychczasowe grzeszne życie, w którym nie było miejsca dla Boga, zatem jako pierwsze i zasadnicze było - porzucenie palenia papierosów. Wiedziałam, że jak sobie z tym poradzę, to już poradzę sobie ze wszystkim innym. Miałam za sobą 26 lat stażu nałogu palenia. Ostatnio wypalałam dwie paczki papierosów dziennie, i to papierosów mocnych. Palenie postanowiłam rzucić od razu " jednym cięciem", jak to się mówi. Skok karkołomny, ale wiem, że inaczej nie mogę. Ograniczenie palenia w moim przypadku nie wchodzi w rachubę, znam siebie, niektórzy radzili mi modlić się i prosić o łaskę, by Bóg pomógł mi wyjść z tego nałogu. Powiedziałam jednak sobie, że Pana Boga nie będę mieszać do swoich nałogów. - Czy to On kazał mi palić papierosy, czy... moja głupota? Nie będę opisywała jakie straszne tortury przeżyłam, by się od tego draństwa uwolnić - nie ma co. W każdym bądź razie nie palę! Dziś już wiem, że do nałogu tego nigdy nie powrócę. Zbyt jasny mam obraz tego, co nikotyna wyczynia z człowiekiem, i... co najważniejsze, a o czym lekarze nie mówią wcale - niszczy.... duszę człowieka! No bo proszę pomyśleć, jak można w ogóle usłyszeć głos Boży w duszy zatruwanej codziennie wielką ilością wypalanych przez nas papierosów (jakąż straszną rzeczą jest, gdy papierosy palą kapłani), że też ona biedna w ogóle chce jeszcze egzystować w naszym ciele... Chociaż przyznam, że do niedawna jeszcze ciągnęło mnie, by zapalić choć jednego papierosa. Do niedawna - czyli do mojego spotkania,,, ale - o tym za chwilę.
- Gdy uporałam się już ze swoim nałogiem - jakże zrobiło mi się cudownie na duszy! Jakież to piękne uczucie i dla samego tego faktu, warto było podjąć ten trud i przeżyć to cierpienie. Wiedziałam, że najważniejsze mam już za sobą, więc i ze wszystkim innym dam sobie radę, chociaż problemów ze sobą miałam jeszcze nie mało. Chciałam bowiem przebudować cały swój charakter, swoje spojrzenie na świat, ludzi, Boga, wyzbyć się wielu innych jeszcze nawyków, które przestały mi się podobać. Jednym słowem - zapragnęłam przebudować się cała,
Tak było, aż do pewnej nocy, podczas, której zaczęłam dostawać silnych bóli żołądka. Chwilami były tak silne, że się budziłam. Zmniejszały się one po obudzeniu i wtedy mogłam znów zasnąć, lecz był to jakby półsen, w którym słyszałam natarczywy głos. Nie widziałam skąd pochodzi, natomiast miałam świadomość, że to szatan. Mówił do mnie: "A widzisz jak się męczysz? To wszystko przez to, że zechciało ci się zmieniać, źle ci było? Robiłaś to, co chciałaś i nie miałaś takich bóli, bo te, które masz w tej chwili - to właśnie z tego, że zechciało ci się zmieniać, a będziesz cierpieć jeszcze bardziej". Głos ten stał się wreszcie piszczący i żałosny prosząc, bym wróciła do dawnej siebie, bo mu teraz zrobiło się ciasno i niewygodnie, że się dusi i będzie musiał mnie opuścić, jeśli nie przestanę i nie uspokoję się, a zapewniał, że mnie bardzo kocha i opuścić mnie nie chce. Prośby te stawały się coraz bardziej natrętne, natarczywe, nerwowe, aż wreszcie krzyczeć na mnie zaczął...
- Gdy rano wstałam nie odczuwałam żadnych bóli. Popatrzyłam za okno na ten piękny Boży świat (dużo zieleni mam za oknem i pięknie rosnące drzewa, które zaglądają mi do okna i wśród których co rano ptaki wydają swój koncert). Powiedziałam do siebie na głos: "Nie! Nigdy już nie wrócę do dawnej siebie Nie chcę!" Było to jednak moje pierwsze tak bliskie zderzenie z szatanem. Czytałam kiedyś co prawda legendy o szatanie z rogami i ogonem, ale w nie nie wierzyłam, Tak bliskie z nim zetknięcie napełniło mnie lękiem. Czułam, że jeśli już raz się pojawił - to powracać będzie. Jak z nim walczyć i jakie formy jeszcze przybrać może? Nie wiem, bo przecież na pewno kusić mnie nadal będzie.
Pomyślałam, że powinnam o tym porozmawiać z jakąś osobą duchowną, która mnie przybliży do tego problemu i powie, jak się z tym uporać. Jako z pierwszą - rozmawiałam na ten temat z pewną znajomą, osobą co prawda świecką, jednak studiującą teologię i współpracującą z Kościołem. Jakież było moje zaskoczenie, gdy po opowiedzeniu jej całej tej historii poradziła mi... brać leki uspakajające. Dziwne... Nigdy w życiu nie czułam się bardziej spokojna niż teraz, więc w związku z takim stwierdzeniem poczułam jakiś wewnętrzny sprzeciw. Postanowiłam zatem spróbować porozmawiać jeszcze z księdzem. Kapłan powinien umieć mi w tym pomóc, pomyślałam. - Sługa Boży, któremu to opowiedziałam, wysłuchał mnie, następnie poradził... bym się udała do psychiatry.
Te straszne słowa, jakie usłyszałam - zmroziły mnie na chwilę. Czyżbym faktycznie w końcu z tego wszystkiego zwariowała, o czym ja sama nie wiem? Nie czułam jednak tego w sobie. Nie czułam w sobie żadnej choroby. W pewnym momencie przyszło na mnie jakby nagle olśnienie, powiedziałam: "Ksiądz zatem sugeruje, że mam chorobę psychiczną, bo tak to zrozumiałam, tym samym neguje Ksiądz Pismo Święte". - Ksiądz podskoczył do góry jak oparzony. "Jak to?" - wykrzyknął. "Tak to, z tej prostej przyczyny, że w Piśmie Świętym wyraźnie jest napisane o tym, jak szatan kusił Pana Jezusa (dziś myślę, że to Sam Pan Jezus przez Swe działanie w Duchu Świętym poddał mi te słowa). Chciałam jeszcze dodać, że tym samym neguje samego Pana Jezusa, ale dałam już sobie spokój, i tak efekt mych słów - był niespodziewany. Przysiadł zakłopotany i zmieszany odpowiadając: "No tak, ale lepiej się zbadać, aby wykluczyć chorobę".
![]() |
Moja Madonna - Matka Boża Szczególnej Troski |
Po tej rozmowie coś się jednak we mnie załamało. Może rzeczywiście coś ze mną jest nie tak? Na wszelki wypadek, jak poradził mi sługa Boży - poszłam do psychiatry, aby się przebadać, polecając się Matce Bożej, z niezłomną wiarą, ż mnie nie opuści. Lekarzowi opowiedziałam o moich
przeżyciach (tu muszę wyjaśnić o czym nie ma w cytowanym artykule, że wszystkie te wydarzenia miały już miejsce po uwolnieniu mnie z niewoli szatana, od którego Pan Jezus mnie uwolnił - o czym wcześniej pisałam i w trakcie już rzeczywistych widzeń szatana, które mną wstrząsnęły, a o czym też już we wcześniejszych postach na blogu pisałam. a o których wówczas opowiadałam Lekarzowi - Psychiatrze, do którego się udałam po mojej opisanej rozmowie z kapłanem). Doktor choroby żadnej u mnie nie stwierdził, wręcz przeciwnie, okazał duże zainteresowanie (lekarzem mnie badającym - była kobieta) działaniem szatana i co jeszcze bardziej mnie zdziwiło - dostałam polecenie, aby nie zażywać żadnych środków uspakajających. Apogeum wszystkiego, było zadane mi pytanie: "Kto panią do mnie tu przysłał?" - Powiedziałam zgodnie z prawdą: Kapłan" - Na co usłyszałam odpowiedź: "To niech pani powie temu kapłanowi, że ja żadnej choroby psychicznej u pani nie stwierdzam".
- Jest to artykuł napisany przeze mnie tuż po mojej wizycie u Lekarz Psychiatry w czasie widzeń szatana. Był to maj 1988 roku. Wysyłałam go do różnych redakcji katolickich. Nikt jednak nie zdecydował się go opublikować. Kilka lat później robiąc porządki chciałam go już zniszczyć. Wówczas przez głos wewnętrzny usłyszałam: "Nie niszcz go. Artykuł ten zostanie opublikowany". - Odłożyłam na bok. Czekałam na spełnienie tej zapowiedzi. Opublikowany on został w "Któż jak Bóg" w roku 1994 /numer 5 wrzesień - październik/ czyli już 6 lat po opisanych w nim wydarzeniach. Ktoś się zapyta: "Jakie to ma teraz znaczenie po tylu latach? - A może właśnie teraz ma to tak wielkie i ważne znaczenie? - Przytoczyłam pewną zasadniczą część tego artykułu, na koniec tylko dopisując od siebie jako jego autorki pewne wyjaśnienia. Sens mojego powrotu do tego wydarzenia jest wielowątkowy, o czym będę pisała w następnym poście. Teraz przytoczą dalszą jego część:
"Dziś już wiem, ze byłam we władzy szatana. Lecz myślę i dreszcz mnie przeszywa na myśl, co by było z moją duchowością niszczone przez psychotropowe pigułki, co by było wówczas z moją wiarą w Boga, która dopiero się we mnie kształtowała, gdybym wówczas trafiła na innego lekarza. Wiem, że lekarze psychiatrzy chętnie przypisują wszelkim nietypowym zjawiskom numer statystyczny choroby. Dobrze, że Matka Boża której tak bardzo wtedy zawierzyłam - mnie nie opuściła. /-/ Zastanawiam się jednak, co by było z kimś , kto by zwrócił się do takiego kapłana jeszcze z nie tak silną wiarą. Pożal się Boże! Uporczywa myśl nie daje mi spokoju: jaką szansę mają ci wszyscy, którzy są w niewoli sił nieczystych, pragnący się od nich uwolnić, gdy nawet kapłan, sługa Boży, nie potrafi podać szwej pomocnej dłoni. Dlatego zdecydowałam się o tym napisać. Uważam, że problem ten powinien być poruszony na łamach prasy.
Problem istnienia szatana , jego egzystencji, sposobów jego ujawniania i obrony przed nim jest bardzo poważny. Być może niejedna jeszcze osoba znajdzie się w takiej jak ja sytuacji, a człowieka szukającego wiary i Boga, tak łatwo jest złamać na duchu. Wówczas zachwianie takie kosztować może nawet i życie; nieco wcześniej przed opisanym tu przeze mnie wydarzeniem pewien kapłan powiedział do mnie - o mnie: "Pochyłe drzewo nigdy się nie wyprostuje"... Po tych słowach postanowiłam wówczas popełnić samobójstwo... Niebawem miały miejsce opisane tu przeze mnie wydarzenia. Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych.
Wyprostował to "pochyłe drzewo:, by Chwała Jego zatriumfowała. Tym samym wyznaczył mi szczególna drogę. Drogę walki ze złem i szatanem, który tak bezlitośnie niszczy ludzkość całą, wszędzie się wkradając i nikogo nie oszczędzając nawet Kościoła i kapłanów." /-/
Bardzo gorąco dziękuję Redaktorowi Naczelnemu czasopisma katolickiemu "któż jak Bóg" za to, że zechciał w tym czasopiśmie opublikować ten artykuł, gdy inni z nieznanych mi powodów uczynić tego nie chcieli. Niech Dobry Bóg obdarza Czcigodnego Księdza wszelkim dobrem i we wszystkim błogosławi.
/Za: Do Księdza czy psychiatry? (Moje spotkanie z szatanem) - "Któż jak Bóg" nr.5 (11) wrzesień październik 1994 str. 18-19/